500 km okiem debiutanta – CZAR 2017

Czas czytania: 11 minut

Nie miało być lekko. Spodziewałem się długiego i męczącego ścigania. Team był mocny, ja byłem zielony – wszystko wyglądało jak koszmar. Ale na tyle kuszący koszmar, że grzechem byłoby nie skorzystać.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Adventure Sport – medialnym centrum rajdów przygodowych:

 

Prolog

Sam skrót nazwy imprezy (CZAR) mocno ją osładza i tworzy iluzję przyjemności. Kiedy jeszcze rozważaliśmy start w naszej standardowej miksowej dwójce Bluebirds, braliśmy pod uwagę krótką trasę, czyli CZAR MINI (150 km, 18 h). Głowienia się było co nie miara – czy brać mały CZAR, czy jechać na MTC. Ostatecznie problem się rozwiązał – ani nie mieliśmy pojechać do Szczawnicy ze względu na odwołane zawody, ani do Czech ze względu na problem z terminem.

Ale przestrzeń nie lubi próżni i na dwa tygodnie przed startem odezwali się do mnie Agata Błotnicka z Jackiem Gallą, że brakuje im czwartego do zespołu. Chwila kokieteryjnego wahania z mojej strony i dwa dni później już intensywnie ustalaliśmy szczegóły logistyczne. My w trójkę jechaliśmy z Poznania, z Bielska Białej dołączał do nas Mateusz Talanda.

Smazeny syr - podstawa menu, gdy jest się w Czechach
Smazeny syr – podstawa menu, gdy jest się w Czechach

 

 

Post-prolog

Nigdy nie brałem udziału w trzydobowym rajdzie. Właściwie jakoś tak się niefortunnie składało, że ostatnio nie przetrwałem nawet krótszych rajdów – nasze długie zmagania kończyliśmy w okolicach doby (Adventure Trophy, Rajd Konwalii) – doszedłem ostatecznie do wniosku, że może nie ma się co kopać z koniem i trzeba się skupić na sprintach. A tu taki pivot!

Zaczęliśmy przygotowania od prozaicznych kwestii – np. skąd wziąć trzeci bagażnik na rower, jak rozplanować liofilizaty, czy wystarczy nam sprzętu wspinaczkowego, na dzień przed imprezą kupiłem nowe kółka do rolek i nawet nie zdążyłem się na nich przejechać. Ostatecznie wszystko się udało, zapakowaliśmy samochód po dach, pożyczyliśmy od On-Sightu wiosła, przyjęliśmy barwy wojenne Adventuresport.pl i pojechaliśmy w świat.

Na miejscu przywitał nas (co prawda po ciemku) piękny czeski kemping, malowniczo położony w miejscowości Kokořínský Důl, w swoistym kanionie pomiędzy wysokimi na kilkanaście-dziesiąt metrów skalnymi ścianami, które już następnego dnia miały się okazać scenerią do prologowego BnO a przez kolejne trzy doby być nieodłącznym elementem krajobrazu. Wieczorne zameldowanie się, powitalny smažený sýr, który miał odegrać istotną rolę w naszej rywalizacji, wielkie na pół stołu płachty map (dwóch kompletów – tak przydatnym rozwiązaniu, o którym czasem nasi rodowici organizatorzy zapominają) i zimne piwo. Samo planowanie trasy zajęło nam ok. 1,5h (do podbicia będziemy mieli ponad 70 PK). Z odprawy Mateusz przyniósł kojące podsumowanie profilu trasy: zamiast zapowiadanych 400 km i nieznanych przewyższeń, musieliśmy szykować się na: 487 km i 10.800 m +- (75 h limit, spodziewany czas zwycięzców: 50 h). Po porównaniu schematu z mapą, zaczęło to wyglądać już odrobinę przyjaźniej.

Selfie ze startu

Selfie ze startu

Start

Nastroje są bardzo dobre. Jesteśmy przygotowani. Zespół zmotywowany, już nawet pamiętamy kto jak ma na imię. Ja jeden trochę osłabiam team, bo od samego rana mam problemy żołądkowe, które utrudniają bieganie, powodują straszny dyskomfort i dodatkowo zniechęcają mnie do jedzenia czegokolwiek – co w perspektywie 70h wysiłku jest mało optymistyczną perspektywą. Zaopatrzony w ponadprzeciętną ilość Espumisanu, węgla i innych cudów – startujemy.

 

O godz. 10:00 zaczynamy prolog BnO – raptem 5 PK, wychodzi nam 4,3 km zrobione w ok. 40 minut (+400 m w górę i -400 m w dół), warstwice są tak gęsto, że ciężko się w nich połapać. Jacek przeprowadza nas przez wszystkie te meandry pewną ręką, trzymając dobre tempo na rozgrzewkę – łapiemy się na przelotach po 4:30 przez pola. Myślę sobie, że to nie będzie spokojna krajoznawcza wycieczka…

Wracamy do bazy, bierzemy rowery i lecimy na CP1, podbijamy go jako #5 team, tracąc minutę do poprzedniego zespołu. Ciekawostką jest system smsowy – na każdym PK wysyłamy wiadomość z meldunkiem, zwrotnie dostajemy informacje o stracie do lidera, do poprzedzających nas zespołów oraz ile za nami poprzedni punkt podbił kolejny zespół.

Na pierwszym PK dowiadujemy się też czegoś o samej trasie. Opisy punktów na naszych rodzimych imprezach na orientację zazwyczaj brzmią „dół, dół, dół na wzgórzu, dół przy drzewie, dół w rowie, dół w dole” – tutaj nader często pojawia się natomiast vyhlídka – punkt widokowy. Czyli niezależnie od tego, czy robimy akurat rower czy trekking, wygląda to dość podobnie – znajdujemy PK, podjeżdżamy pod niego, zazwyczaj okazuje się znajdywać na szczycie górki, więc do długiego stromego podjazdu dokładamy jeszcze równie strome podejście. Na kolejnym etapie zaczynam na nich wyciągać kije…

Korzystamy z dobrych map, na tych kilkuset kilometrach chyba tylko raz nie zgadza nam się droga, bardzo wiele przelotów ustawiamy po ścieżkach rowerowych lub szlakach pieszych. Łatwo przyzwyczaić się do przyjemnych asfaltowych tras, gdyby tylko nie te górki. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale tutaj naprawdę można nabrać respektu. Zresztą liczby mówią za siebie: pierwszy etap rowerowy to 119 km, +- 2400 m, czas ok. 9 h. Czyli generalnie wygląda to w ten sposób, że jedziemy rowerami, mija nam cały dzień; później idziemy na trekking – mija nam cała noc i tak zmieniamy dyscypliny wraz z porami dnia :)

Schemat czeskiej wyrypy, na miejscu okazało się że jest trochę więcej

Schemat czeskiej wyrypy, na miejscu okazało się że jest trochę więcej

Walka trwa

Ja cały czas umieram, Jacek niezmiennie bezbłędnie nawiguje, Mateusz okazuje się być największym dzikiem, jakiego widziałem – napiera do przodu bez chwili zastanowienia i zmęczenia; kiedy nasza pozostała trójka na przepaku ledwo zdąży zdjąć SPDy – Mateusz już gotowy do wyjścia przestępuje z nogi na nogę. A ja cały czas umieram.

Na trekkingu mamy dużo więcej czasu na podziwianie widoków, które są naprawdę piękne. W nocy niebo jest gwieździste i czyste. Przypomina mi się książka „Karpatské hry”, myślę, że chcę, żeby tak wyglądał czas obcowania z przyrodą i górami. Mimo to jestem coraz bardziej osłabiony, mój żołądek nie przyjmuje niczego słodkiego, nie toleruje izotoników, o żelach nawet nie chcę myśleć. Agata dba o team, co godzinę przypomina o jedzeniu, pyta czy nikomu niczego nie brakuje. Bałem się pierwszego startu z kimś innym niż moja sprawdzona partnerka, ale jakoś się uspokajam. Oni nie pozwolą mi zginąć.

Zgubienie się też nie wchodzi w rachubę. Co prawda nie mam siły na patrzenie w mapę, mam wręcz momenty, że jest mi zupełnie obojętne, gdzie uzupełniający się w nawigacji, Jacek i Mateusz, mnie wywożą , ale mam wrażenie, że albo mapy są nader czytelne, albo chłopaki nie popełniają przez całe trzy doby żadnego błędu. Dzięki temu nie tracimy czasu ani rezonu na powroty, które bolą najbardziej. Dwa komplety map początkowo dzielimy na cztery mapniki, ale niestety po jednej dobie pęka nam na dobre pierwszy Karbonit, po drugiej tracimy drugiego – tym razem jest 2:0 dla Miry. Przepakowujemy mapy i dwa rowery jadą już bez zbędnego obciążenia. Swoją drogą to smutna konstatacja dla polskiego producenta.

Trekking kończymy na #7 miejscu, z jednym teamem zaraz za nami i ze stratą około godziny do zespołu przed nami. Sytuacja nie zmienia się szczególnie przez kolejne godziny i ok. 16:00 wychodzimy jako #8 team na canoe. Jesteśmy na nie mentalnie przygotowani – że bardziej wywrotne, że inaczej ze zwrotnością, że nie ma jak oprzeć pleców, że trzeba siedzieć po turecku. Ostatecznie okazuje się, że nie jest najgorzej. Co prawda pierwszą (i na szczęście ostatnią wywrotkę) Jacek z Agatą zaliczają jakieś… 100 m od startu, ale zwalamy to na chęć zjedzenia gorących liofów, czekamy i płyniemy dalej. Canoe jest szersze i dłuższe niż kajak, co umożliwia wiosłowanie obu osób niezależnie od siebie. Do perfekcji mają to opanowane chłopaki z Copenhagen Adventure Sport, którzy mijają nas po drodze z taką finezją, że opadają nam szczęki. Podnosimy je z dna łódek i zaczynamy próbować ich naśladować – niezależne wiosłowanie, operowanie tylnym wiosłem jak sterem przyciąganym do burty i… zaczyna nam wychodzić! Płyniemy coraz raźniej, nie zrażamy się tym, że po godzinie zaczyna padać. Nie przeraża nas też, że kolejną godzinę nadal pada. Zaczyna się robić nieprzyjemnie dopiero trochę później, kiedy jesteśmy już przemoczeni do suchej nitki, jest już ciemno, temperatura spada z 19 do 9 stopni, rzeka zaczyna się mocno wić i co zakręt czekają na nas krzaki nad samą wodą. Średnia prędkość spada nam o połowę, musimy wyciągnąć czołówki, żeby widzieć gdzie płyniemy. Trzęsiemy się z zimna, musimy kilka razy przenosić kajak nad leżącymi drzewami, nurt słabnie… Jest źle. W końcu dobijamy do miejsca przenoski i załamani stwierdzamy, że to dopiero 15-ty kilometr, nawet nie połowa etapu. Mamy za sobą 5 godzin, wiemy, że najlepsi robili całość w 7. Jesteśmy zziębnięci i mokrzy, idziemy pukać do domów, żeby ktoś nas wpuścił i pozwolił się ogrzać. Nikt, o dziwo, nie otwiera, dokonujemy wtargnięcia na posesję z altanką i tam spędzamy noc owinięci w NRC. Nad ranem wygania nas gospodarz i idziemy spać pod most. Czekamy aż przestanie padać, podejmujemy decyzję o przerwaniu etapu kajakowego, powrocie do T2 i kontynuowaniu następnych etapów.

21246437_1614079488644329_7576067851171826540_o

 

Walka nie jest wyrównana

Jak się później okaże, czego nie wiemy w momencie podejmowania decyzji, klasyfikacja końcowa zostaje ustalona w pierwszej kolejności nie w oparciu o liczbę zebranych PK, ale o najdłuższą ciągłość w zdobywaniu PK od rozpoczęcia imprezy – i tak ostatecznie w ranknigu znajdą się przed nami zespoły z dużo mniejszą liczbą zebranych punktów, ale które przerwały ciągłość nie na PK35 (jak my), ale choćby punkt dalej – na PK36.

Nasz zespół, za sprawą Agaty i Jacka, rywalizuje też w kategorii akademickiej, tutaj na końcu okaże się, że pierwsze dwa miejsca zajęły teamy, które w wynikach mają czasy końcowe dłuższe niż limit. Na razie nie otrzymaliśmy odpowiedzi od organizatorów, jak to możliwe.

System LIVE pokazuje czasy i etapy, na których znajdują się poszczególne zespoły. Ten sam system smsowy do potwierdzania PK może być też wykorzystywany do wysyłania komunikatów od zespołu „w świat”.

czar

 

Nie składamy wioseł

Przerywamy canoe, organizatorzy zobowiązują się zabrać nasze kajaki, ale wszystko inne musimy dowieźć na przepak sami. Mieliśmy ze sobą rolki (etap rolkowy był po spływie, więc płynęły z nami w workach), postanawiamy założyć je na nogi, wziąć wiosła w ręce i w ten sposób wracamy do T2. Musimy wyglądać co najmniej komicznie, zwłaszcza jadąc poboczem drogi krajowej, mijani przez tiry. Goście w kaskach rowerowych z czołówkami, owinięci jeszcze w folie NRC, jadący na rolkach z karbonowymi wiosłami w rękach (dodajmy, że Mateusz wiezie wiosło, które się nie składa). Mamy dobre humory, mimo że cały czas pada.

W deszczu robimy przepak, gotujemy makaron błyskawiczny (2 minuty i gotowy!), zjadamy go z pesto. Pijemy kawę – mocno stawia nas to na nogi po tym, jak wymarzliśmy wieczorem i w nocy. Zmieniamy ciuchy, zakładamy suche skarpetki, demontujemy lampy z rowerów (miejmy nadzieję, że się nie przydadzą, jest 9 rano, mamy do zrobienia raptem 70 km +-1350 m, nie planujemy żeby zastała nas noc).

Kiedy łapie Cię na trasie deszcz, to musisz się z tym liczyć. Ale kiedy już na przepaku zakładasz suche ubrania po to, żeby wyjść z ciepłego namiotu i pojechać rowerem w zacinający deszcz, to jest to upierdliwe. Ale ma też w sobie coś z tego ducha wypraw, którego szukamy w rajdach. Jesteśmy ogrzani i najedzeni, jedziemy z uśmiechem. Delikatnym, bo jednak deszcz mocno pada, przez chwilę musimy lecieć wspomnianą już drogą krajową, ale jednak. Podobna pogoda będzie nam towarzyszyła jeszcze przez cały dzień. Mój goretex zacznie w końcu przeciekać na rowerze. Na zjazdach będziemy musieli maksymalnie mrużyć oczy, bo przecież nie wzięliśmy okularów, a udaje nam się spokojnie osiągać prędkości po 50-60 km/h.

Trasy rowerowe są nadal przyjemne, bardzo dobrze oznakowane (musimy tylko sprawdzać, czy trzymamy się dobrych kolorów i numerów szlaków), świetnie zgadzają się z mapą. Po prostu napieramy. Profil trasy trochę nas uspokaja – ma być o 1000 metrów mniej przewyższeń niż na pierwszym rowerze. Mimo to punkty wymagają tego samego, co na pierwszym etapie, czyli zostawienia rowerów i podchodzenia (opisy tych PK: CP57 Stochánek szczyt, CP58 Skrzyżowanie dróg, CP59 Punkt widokowy, CP60 Malý Bezděz szczyt, CP61 Wieża widokowa). Punkt nr 58 faktycznie czeka na nas na samej krzyżówce, nigdzie nie schowany – zresztą większość punktów znajdujemy dość prosto, chociaż są też takie, które dały nam się we znaki, np. ukryty w kamiennym labiryncie. Dojazd na PK58 prowadzi nas przez siedlisko żubrów – gigantyczne obszary wyglądające jak pastwiska albo park przyrodniczy. Niestety nie spotykamy europejskich bizonów, ale zaraz na początku tej drogi widzimy wielkie stado saren. Teren jest pofałdowany, ale staramy się tak rozpędzać na zjazdach, żeby udawało się dokulać do szczytu kolejnego wzniesienia. Cały czas pada.

21167143_10155466950195482_1082212207921833845_o

Kogo nie pytałem przed wyjazdem, co to jest ten bolskros (pisownia występuje u Czechów i taka, i taka), każdy odpowiadał „ciężko to wytłumaczyć”. Widziałem zdjęcia z jakimiś skałami, faworkami itp. W praktyce okazało się, że po wyznaczonej przez biało-czerwone taśmy trasie poruszamy się permanentnie góra-dół między lub po wspominanych już kilkukrotnie skalnych blokach. Czasem się musimy przeciskać między nimi, czasem zjeżdżać na tyłku, czasem podchodzić pomagając sobie wiszącą z góry liną, niekiedy spróbować zapierać się nogami między skałą, drzewem a kolegami. Biegamy jak szaleni pod górkę, za chwilę znowu z górki. Bardzo żałuję, że nie mam włączonego Garmina, długo się zastanawiamy, jakie zrobiliśmy przewyższenia. (EDIT: „Bolscross was 2,2 km and vertical distance was 300 m.”) Jesteśmy mocno zmęczeni, sapiemy, klniemy Czechów za strasznie głupie pomysły. Ze względu na naszą przerwę po kajakach, jesteśmy pierwszym teamem, który wyszedł na zadanie specjalne i bolscross, przecieramy szlaki. Całe zadanie robimy po ciemku.

Wreszcie koniec, wychodzimy na ostatni trekking. Dochodzi 22:00, mamy do zrobienia ok. 35 km, zachodzimy w głowę, że może bolscross liczy się i do dystansu, i do przewyższeń. Okaże się to nieprawdą, ale jest nam jakoś lżej. Już jesteśmy bliżej mety, profil nas nie przeraża. Uważamy decyzję za poczekanie na czyste niebo za dobrą. Ja wróciłem po 2 dniach do formy, czuję się bardzo dobrze, nic mnie nie boli, nawet proponuję, żebyśmy trochę pobiegali. Cieszę się, że mogę wreszcie trochę się odwdzięczyć teamowi, proszę o mapę – ciśniemy. W międzyczasie Mateusz zaczyna się skarżyć na słabe samopoczucie – po raz pierwszy od startu widzę go zmęczonego. A jest największym napieraczem, jakiego miałem okazję poznać – leci do mety bez opamiętania i bez słowa skargi. Nocą Jacek zaczyna nam zasypiać idąc. A teren robi się coraz bardziej wymagający. Wchodzimy w dość długi trawers wzdłuż całego pasma skał, w dół trochę spadek, więc głupio się ześlizgnąć. Idziemy szlakiem i szukamy jaskini z punktem. Chcemy do niej dojść, tam zrobić przerwę. W końcu osiągamy CP71 Jaskinię Kamenný úl. Musimy się wdrapać do niej po starej zardzewiałej drabince, ale w środku jest ciepło i sucho. Śpimy 30 minut, budzimy się pewnie bardziej rozbici niż wcześniej, ale zmierzamy już do mety.

Zostały nam trzy punkty do podbicia. Następnym po Kamiennym ulu jest Skała Tutanchámon – wspomniany wcześniej labirynt skał. Jestem na tyle zaspany, że nie jestem w stanie się w nich połapać. Ogarnia mnie jakiś strach, że jak mnie tu zostawią, to nigdy się nie wydostanę. Agata wdrapuje się na szczyt którejś ze skał, znajduje punkt i… pada jej lampa. Znajdujemy się, wszyscy podbijają punkt a ja w tym czasie daje radę zasnąć. Zostaję bez litości obudzony, wdaję się w jakiś abstrakcyjny dialog z Jackiem, jego absurdalność trochę stawia nas na nogi. Zostają jeszcze dwa punkty i koniec. Żeby nie tracić wysokości, na ostatnim PK idziemy na azymut, błoto na polu, ujadające psy, później przedzieramy się między skałami, szukamy lampionu – udaje się. Jestem trochę zawiedziony, bo ubzdurałem sobie przy Tutanchámonie, że to już ostatni punkt przed metą a teraz pojawia mi się kolejny i kolejny. Znajdujemy i podbijamy CP74, wdrapujemy się po raz setny pod strome zbocze i wychodzimy na otwartą przestrzeń o poranku. Jest radośnie, już musimy tylko stoczyć się do bazy. Osiągamy kemping, zaczynamy trochę biec – może będzie fotograf na mecie. A tu lipa, nie spodziewali się nikogo o tej godzinie, więc jesteśmy pod bramą kilka minut przed organizatorami. Ale znajduje się szampan, są gratulacje, wymieniamy wrażenia i zaczynamy nerwowo spoglądać w stronę kempingowej knajpy – czy podają już śniadania?

Zjadamy jajecznicę, parówki, pijemy do tego zimne piwo i idziemy spać. I tak pozwoliliśmy sobie na dużo snu przez ostatnie 71 godzin, ale czujemy braki. Trochę zasłużyliśmy.

21200707_10155473537050482_4960370462502138760_o

 

Do brzegu

Skończyliśmy rajd – to nas cieszy. Mam poczucie, że mocno nadwyrężyłem cierpliwość teamu swoją niedyspozycją, ale nie dali mi tego ani przez chwilę odczuć. Nawigacyjnie udało nam się dość sprawnie pokonać całą trasę, szampan na mecie pozwolił nam poczuć się jak zwycięzcy. Trochę na końcu smuci nas sposób liczenia punktów – z nastawieniem na ciągłość. Dowiadujemy się, że jesteśmy jedynym polskim zespołem, który skończył rajd – wcześniej z rywalizacji musieli wycofać się ColcaPeru/ Team360 oraz Dziabnięci Lunatycy. Ostatecznie kończymy Czech Adventure Race 2017 na 11. miejscu po 70:23 godzinach, podbijając 53 z 75 PK.