Chaszcze na landach – Bimba 2019

Czas czytania: 4 minut

Po 6 latach rozgrywania Rajdu Miejskiego „Poznańska Bimba” w centrum i okolicach Poznania, rok 2019 przyniósł eksplorację peryferii miasta (stąd tegoroczna nazwa „Bimba na Landach”). Baza zlokalizowana w Czerwonaku, u stóp najwyższego wzniesienia w okolicy – stuczterdziestopięciometrowej Dziewiczej Góry – w moim odbiorze nie zmieniała znacząco charakteru imprezy. I tu był pies pogrzebany…

 

Ładnie będzie!

Na starcie trasy Helmut (czyli wersji rajdowej) stanęło ponad dwadzieścia 2-osobowych zespołów. Schemat zawodów wyglądał dość banalnie – 27 km roweru, 8 km kajaka, 16 km biegu, 19 km roweru. Dziewicza Góra i Puszcza Zielonka są bardzo wdzięcznym miejscem do rozgrywania zawodów na orientację, przez co istnieje na nich wiele aktualnych map. Dzięki temu organizatorzy mogą zaproponować wymagającą precyzji nawigację a same punkty kontrolne przygotować w unikalnych miejscach.

Po krótkim prologu polegającym na zapamiętaniu lokalizacji trzech PK na polanie przy bazie, ruszyliśmy na trasę. Żeby nie ułatwiać sobie nadto zabawy, już przy pierwszym punkcie kontrolnym wdepnąłem w strumyczek, co miało docelowo poskutkować obtarciem pięty. Już na samym początku budowniczy trasy przegonił nas przez praktycznie sam szczyt Dziewiczej Góry, fundując pierwszy długi podjazd a zaraz później iście singlowy zjazd. Temperatura już wtedy sięgała 30 stopni, zapowiadając, co czeka zespoły przez cały długi dzień rywalizacji. Woda z bukłaków i bidonów znikała w zastraszającym tempie. Trzymamy się w zasięgu wzroku z On-sightem, z AR Poznań a także zespołem F&S, wymieniając się co i rusz.

 

Pierwsze trudności

Większość roweru poprowadzona była na szczegółowych mapach do RJnO, przez malownicze leśne tereny Parku Krajobrazowego Puszczy Zielonki. Są to i wąskie ścieżki, i szerokie wygodne dukty. Miejsce nadające się zdecydowanie na weekendową przejażdżkę. Na tym etapie nie było konieczności nurkowania w krzakach, duża część z punktów dostępna była z roweru. Niestety, leśne ostępy okazały się bezwzględne i w okolicach drugiego punktu LOP (linii obowiązkowego przejazdu) umieściły dość potężną igłę w oponie Marysi. Jej zlokalizowanie kosztowało 3 dętki i prawie 40 minut nierównej walki. W międzyczasie jeszcze pomagaliśmy skuwać łańcuch w zamian za zapasową gumę, więc czas uciekał jak szalony. A z nim szanse na utrzymanie rewelacyjnych tego dnia miksów z On-sight, Łasucha i Asi…

Finałem tej i jednocześnie początkiem kolejnej dyscypliny było Jezioro Kowalskie wypiętrzone tamą. Szybkie zadanie specjalne, polegające na wyznaczeniu na podstawie azymutów i dystansów lokalizacji 4 PK etapu kajakowego i mogliśmy zacząć wiosłować. I tu słodko-gorzka niespodzianka: 8-kilometrowy odcinek pokonywaliśmy z silnym wiatrem od czoła, który nie tylko nie pozwalał się rozpędzić, stawiał kajak bokiem, ale tworzył iście morskie warunki z wodą wlewającą się przez burty i przeskakiwaniem przez fale. Ile emocji! Na szczęście wszystko działo się w pełnym słońcu i bardziej stanowiące miłą termiczną ulgę niż przerażającą walkę z żywiołem.

 

Kolejne trudności

Zaraz po kajaku przyszedł czas na drugie zadanie specjalne, polegające na przebiegnięciu wyznaczonej linii na mapie BnO i odszukaniu na niej lampionu. Zadanie wydawałoby się banalne. I patrząc po czasach wszystkich innych zespołów chyba takie było. Bo nas kosztowało co najmniej 30 minut straty, przebiegnięcie pętli dwukrotnie i mocny spadek morale. Temperatura sięgała wtedy już 35 stopni, ciało ostatnimi podrygami próbowało biec, do tego klucząc pomiędzy drzewami nadziałem się na wystającą gałąź tak mocno, że byłem pewien, że zostało w moim ramieniu – pierwsze objawy zmęczenia.

Kiedy wreszcie skończyliśmy ZS, otrzymaliśmy długą jak cholera mapę do BnO. Ciekawą i dobrze wyrysowaną, ale długą. A w ponad 30 stopniach w cieniu – nawet jeszcze dłuższą. Próbowaliśmy podbiegać, ale temperatura i skwar robiły swoje. W wielu miejscach wariant prowadził przez odsłonięty teren, gdzie słońce grzało niemiłosiernie. Cieszyły się z tego chyba tylko rośliny i owady, bo tych było wszędzie pełno. Przez cały etap trekkingowy (będzie to lepsze określenie niż „biegowy”) towarzyszyły nam chmary much, końskich much, komarów i sarnich kleszczy. Do tego roślinność zdecydowanie nie ograniczała się w rozkwicie, co skutkowało poparzeniami od pokrzyw prawie do wysokości kolan, kolcami od jeżyn, ostów czy głębokiej trawy. Przeszła mi myśl o tym, że lepiej byłoby biec „na długo”, ale z drugiej strony –  w tej temperaturze? Ech, i tak źle, i tak niedobrze! Oskrzela się kurczyły, w gardle drapało od pyłków i kurzu, nogi piekły niemiłosiernie poranione. Nie pomógł nawet skok do jeziora przed wejściem na rower. To był długi i męczący etap.

 

Z górki. Czy aby na pewno?

Jednak nie do końca. Kilkunastokilometrowy odcinek rowerowy kończący Bimbę miał być tylko formalnością – zaliczamy brakujące 6 PK i do domu. Pierwsze dwa jedziemy szybko i bezbłędnie. Mijamy zabytkowy drewniany kościół św. Mikołaja, zaliczamy wjazd na Łysą Górę a później zjazd z niej. Towarzyszą nam chłopaki z MKMB. Razem lądujemy z powrotem w Puszczy Zielonce i… robię duży błąd nawigacyjny w okolicach PK18 – skręcam nie w tę stronę, gubię się na mapie, szukam punktu w zupełnie złym miejscu. Masa elementów z pierwszego rozdziału podręcznika „Jak nie nawigować?”, spowodowana rozkojarzeniem i kiepską pogodą. Przestaję kojarzyć fakty, na szczęście Marysia przejmuje mapę i dowozi nas przez ostatnie punkty do mety. Ten błąd kosztował nas jednak około 15 minut straty, co w zestawieniu z dętką i ZS na BnO daje już gigantyczną stratę do liderów.

 

Epilog

Wszystko zaczęło się bardzo dobrze – sympatyczna atmosfera w bazie przekładająca się na bezstresowy start, wyrysowane na czas dobre warianty, celne wjeżdżanie w punkty. Do momentu złapanego „kapcia” szliśmy w ścisłej czołówce, razem z On-sight i AR Poznań. Była motywacja żeby szybko wymienić dętkę i śmigać dalej. Jakież rozgoryczenie i irytacja mnie złapały, kiedy po raz trzeci zakładałem koło, z którego znowu kolejny raz zaczynało uciekać powietrze… Znaliśmy prognozy pogody na sobotę, mieliśmy dużo napojów, organizator zadbał też o zapas wody na przepaku – niemniej jednak temperatura dawała się okropnie we znaki, szczególnie na etapie pieszym. Dokładając do tego pokrzywy-giganty szczelnie broniące dostępu do lampionów, wyszedł nam z tego całkiem wymagający pełnowartościowy rajd. Dawno się tak nie zmęczyłem!

Kieruję podziękowania dla całego zespołu organizacyjnego, z Mateuszem Hoffmannem na czele, za dobrą organizację, aktualne mapy, ciekawe zadania i atrakcyjny teren zawodów!

 

Trasa Helmut – MIX wyniki:
  1. ON-SIGHT Rychu i Bąbel (8:00 h, Krzysztof Łakomiec, Joanna Łakomiec)
  2. Cwane Lisy (9:53 h, Aleksandra Czerwińska, Alina Olejniczak)
  3. Bluebirds (10:09 h, Jakub Król, Maria Wolff)

Informacje o rajdzie: http://rajdkonwalii.pl/bimba/