Laska po tuningu

Czas czytania: 4 minut

I Zaruski, i Baden-Powell na swoich wyprawach używali drewnianej laski. Gdyby żyli, oprócz gore-texu, wygodnych butów na Vibramie, używaliby też pewnie kijów trekkingowych. W całej tej zabawie z kijami nie chodzi bowiem o modę, ale o zdrowie i komfort wędrówki.

Kije są coraz popularniejszym, choć nadal trochę dziwnym ekwipunkiem trekkingowym i biegowym. Gdybyśmy mieli przez ich pryzmat podzielić turystów (i jeszcze częściej biegaczy), można by zrobić to następująco:

  • ci, którzy głośno mówią, że są niepotrzebne i głupio wyglądają (nazwijmy ich „tymi, którzy dopiero kupią swoje pierwsze kije”)
  • i tych, którzy już kijów używają i są wniebowzięci.

Nie znam nikogo, kto raz skorzystawszy z „patyków”, wrzucił je za szafę mówiąc „ee, to nie dla mnie”.

Boli? Nie dziwota.

W czasie chodzenia, niezależnie czy pod górę czy nie, na pewno zauważyliście, że głównie pracują nasze kolana. Oczywiście chodzenie po mieście do pracy i z powrotem nie powoduje szczególnych obciążeń u zdrowego człowieka. Wiadomo, że nikt nie będzie używał kijów do spacerów po mieście (nordic walking to co innego, również w sferze sprzętu), ale też nie po to je kupujemy. Kijów używać będziemy przede wszystkim w górach czy przy długich dystansach.

Mając na sobie dwudziestokilogramowy plecak, napierając pod górę, będąc już zmęczonym, od razu docenicie kije (w pierwszej kolejności przy takiej wadze warto zastanowić się nad zawartością plecaka, ale o tym przeczytasz w innym wpisie). W czasie, kiedy nasze kolana pracują – „zużywają się”. Przy odpowiednim obciążaniu – w czasie i intensywności, stawy mają zdolność regeneracji. Przy eksploatowaniu ich ponad miarę (właśnie przy dużej wadze naszego tobołka, wymagającej rzeźby terenu, profilu biegu itd.) nie nadążają regenerować się tak dobrze, jakbyśmy sobie tego życzyli.

Według wyników badań (pierwsze z nich przeprowadzono już na początku lat ’80), wynika że korzystanie z kijów odciąża kolana o ok. 20-25% (źródła: tutaj). W jaki sposób? Prozaiczny: „wyrastają” nam 2 dodatkowe nogi. Osobiście czuję to po naprawdę długich kilkudziesięciokilometrowych trekkingach: bardziej niż kolana, bolą mnie… łokcie.

Strach kierowców wiejskich busów.

Przeciętny komplet kijów trekkingowych waży ok. 500-700 gram. Do tego są składane, to ich cecha charakterystyczna. Pozwala nam to na łatwiejszy transport – składamy je i  po problemie. Chociaż i tak czasem kierowcy w wiejskich autobusach krzywo patrzą na końcówki kijów. Ostatnio pan nawet chciał mnie wyrzucić, bo bał się o tapicerkę.

Końcówka kija trekkingowego jest bowiem całkiem skuteczną bronią. Do samoobrony oczywiście. Końcówki nie są, wbrew pozorom, kolcem, który się we wszystko wbija, ale i bez tego, w czasie jesieni Wasz sprzęt będzie wyglądał jak narzędzie pracy pana sprzątającego liście w parku. Istny bukiet się robi na końcu.

Najlepsze kije mają końcówki widiowe, czyli wykonane z węglików spiekanych. Jak wieść gminna niesie, „widia” to nazwa marketingowa, powstała ze zwrotu „wie Diament”, czyli „jak diament”, odnosząc się do twardości i trwałości materiału. Końcówki są nacinane, profilowane, żeby dobrze trzymać w każdych warunkach – na skale, asfalcie, błocie. Nie bójcie się jednak, przyklejać się nie będzie, ale muszą stanowić solidną podporę nawet dla stukilkudziesięciokilogramowego faceta z dużym plecakiem.

Każdy kij ma dwa końce

Przeskakując od jednego końca kija do drugiego zmusimy się do wzięcia go w rękę. Są pewne standardy, które gwarantują, że kij będzie wygodniejszy niż inny, ale tak naprawdę nie ma nic pewniejszego niż własnoręczny test w terenie. Na rynku możemy spotkać kije z 3 rodzajami gripów (rączek) – plastikową, gumową, korkową.

Jakkolwiek by producenci nie nazywali swoich materiałów, to fakt pozostaje faktem: odpuśćcie sobie plastik! Najłatwiej będzie wyznaczyć analogię między gripami kijów a rowerowymi. Co prawda, sposób trzymania, nacisk itd. są różne, ale wyobraźcie sobie jak macie – tylko – trzymać ręce na kierownicy rowerowej wyposażonej w plastikowe chwyty – dłonie pocą się niemiłosiernie, chwyt jest niepewny, bo ślisko a do tego jeszcze raz dwa pojawiają się odciski i odparzenia.
Lepiej prezentują się gripy gumowe, które nie mają wad plastiku, ale na dłuższej trasie mogą spowodować obtarcia ze względu na… tarcie między dłonią a chwytem, poza tym ciężko oddychają na nich ręce.

Najlepszym rozwiązaniem jest korek lub pianka. Nie spodziewajcie się jednak jakiejś okleiny zrobionej z tablicy korkowej, która wisi nad Waszym biurkiem. Jest to mieszanina korka i gumy, która jest optymalna jako chwyt, świetnie odprowadza pot i nie powoduje odcisków.

A to one nie są metalowe?

Segmenty właściwie u wszystkich producentów w podstawowej wersji są wykonane z aluminium. Na rynku istnieje też wiele propozycji karbonowych lub tytanowych, polecanych szczególnie do biegania lub fast hikingu (osobiście używam takich: Black Diamond Distance Carbon Z-Pole). Najczęściej jednak kije są zrobione z aluminium, jako stopu, który ma dobrą trwałość i sztywność przy niskiej wadze (Fizan produkuje modele ważące mniej niż 200 g/szt.). Aluminium występuje teraz w dwóch najpopularniejszych odmianach – ALU 6061, czyli stop z magnezem i krzemem oraz ALU 7075 – stop z wysoką zawartości cynku (niesamowicie wytrzymałe i sztywne). Aluminium występuje też w kilku odmianach – T0, T4, T6. T6 jest najkorzystniejszym wyborem. Czyli szukamy kijów wykonanych z ALUMINIUM 7075 T6.

Raz się blokują, dwa razy nie

Kije trekkingowe w prawie wszystkich modelach składają się z trzech rozkładanych segmentów. Łączą się tulejkami, które powodują blokowanie. Mechanizmy składają się z elementów wewnątrz kija i pierścieni na wierzchu.Ważne jest, żeby system wewnątrz kija był wykonany z solidniejszego materiału niż plastik, np. aluminium. To gwarantuje trwałość kija i nasze bezpieczeństwo.
Najlepsze kije ani nie sprawią nam w zimie kłopotu ze swoim złożeniem tudzież rozłożeniem, ani też, jednocześnie, nie będą zachowywać się niepewnie podczas schodzenia – słabe kije mają tendencje do „chowania się” i musimy je po zejściu ponownie wyciągać na określoną długość.

Kije biegowe będą najczęściej sprzedawane w kilku długościach, dostosowanych do wzrostu użytkownika (ja przy 179 cm używam 120 cm kijów), nie będą miały zatrzasków na poszczególnych segmentach, a raczej linkę przebiegającą przez całą długość kijka, którą silnym pociągnięciem można zakleszczyć / zablokować (zależnie od producenta i modelu) i w ten sposób usztywnić konstrukcję.

Sprawdzeni partnerzy

Ciężko mi pisać o firmach najlepszych i takich, których bym nie polecał. Do każdego produktu można znaleźć osoby, którym sprawuje się on genialnie i takie, które najchętniej by go wyrzuciły. Fora pełne są dyskusji o wyższości świąt wielkanocnych nad bożego narodzenia. Są jednak firmy gwarantujące poziom i jakość wykonania: niemiecka LEKI, tyrolska KOHLA, FIZIN, amerykański BLACK DIAMOND, znane z innych sportów GABEL, czy polskie DEADLY SINS. Ważne jest też, żeby do Waszych kijów można było dokupić akcesoria i części: wymienić talerzyki na zimowe, naprawić wygięty segment czy urwany pasek.

Ale o czym trzeba pamiętać – żadne kije nie będą nam świetnie pasować tylko dlatego, że przekonał nas o tym sprzedawca czy kolega. Jeśli tylko macie możliwość – Wypróbujcie je!