Gruzja – trekking w Raczy

Czas czytania: 13 minut

Po kilku dniach spędzonych w Kutaisi, a wcześniej w Borjomi, przenosimy się do Oni (region Racza-Leczchumi i Dolna Swanetia). Świętujemy w gronie przyjaciół, zwiedzamy okolicę, po czym ruszamy znowu na szlak. Dzięki pomocy naszego lokalnego przewodnika, ustalamy dalszą trasę: UsholtaMravaldzaliVeleviNikortsminda.

Racza – dzień 0 – zwiedzamy Oni

W ramach czasu, który za sprawą Marie i Artura (zobaczcie, co u nich słychać – tutaj na blogu No More Maps) mieliśmy zorganizowany w Oni, zobaczyliśmy kilka wodospadów i jaskiń, których próżno szukać nawet na mapach. Naszym przewodnikiem po tych atrakcjach był Nika Gugeshashvili z rodzinnego pensjonatu Gallery, w którym spędziliśmy kilka dni.

Nika wraz z rodzicami mieszka w Rachy od urodzenia, zna okoliczne góry jak własną kieszeń, udziela się w organizacjach pozarządowych a w międzyczasie skończył prawo. Jeśli będziecie szukali kogoś, kto pokaże lub zasugeruje Wam, co w Raczy warto a czego nie i do tego bez problemu pogada z Wami po angielsku – walcie do niego jak w dym!

Oni – zwiedzanie

Oni jest jednym z większych miast regionu Racza-Leczchumi i Dolna Swanetia. Przynajmniej było. Kilkadziesiąt lat wcześniej mieszkała tam 3. co do wielkości diaspora żydowska w Gruzji. Do tej pory można podziwiać XIX-wieczną synagogę w centrum miasta. Większe są tylko kościoły w Tbilisi i Kutaisi. Niestety, aktualnie jest zamknięta na cztery spusty, co związane jest z liczbą Onijskich Żydów.

Tak, jak w całej Gruzji, również tutaj ich populacja drastycznie spadła, głównie po alijach z lat ’70 i ’90. Wówczas z około 230 tysięcy Żydów mieszkających w Gruzji, zostało raptem kilka tysięcy. W Oni z 3150 os. – zostało 16. Warto jednak spojrzeć na sam budynek, gdzieś znalazłem informację, że jego architektem był Polak. Bardzo niedaleko domu modlitwy znajdziecie stary cmentarz. Niektóre nagrobki datowane były 100 lat wstecz.

Racza – dzień 1 – Usholta (start)

Nasz pobyt w okolicy był dość intensywny. Krótko przed wyjazdem usiedliśmy z Niką, skonsultowaliśmy nasze plany na trekking z Ushguli do Mestii (z tego postu wiesz, że pierwsza próba skończyła się… pojechaniem do Borjomi) i kolejny raz odłożyliśmy je na bok. Szybki telefon na infolinię tutejszej agencji utrzymania dróg uświadomił nam, że główne przełęcze są nadal pod śniegiem. Wzięliśmy więc do ręki sfatygowaną mapę Raczy wyd. Geoland (mapa nr 7 – taka), ustaliliśmy, gdzie zabiera naszą grupę Nika kolejnego dnia i tym sposobem wyznaczyliśmy start trekkingu na wieś Usholta (1620 m npm).

Po przedpołudniowym zwiedzaniu ukrytej jaskini, pamiętnym mini ognisku rozpalonym nad strumieniem, jak zwykle pysznym i bogatym lunchu i wciśnięciu nam zawiniątek z prowiantem (tym suchym, jak chleb i warzywa, i tym dużo cenniejszym, jak domowej roboty wino) byliśmy gotowi ruszać. Na pożegnanie Nika pokazał nam kilka zdjęć zeszłorocznych niedźwiedzi i podarował dzwoneczek oraz zestaw petard, którymi mieliśmy je odstraszać. Naprawdę, świetne pocieszenie.

Pomachaliśmy naszej wesołej karawanie w oddalających się UAZach i ruszyliśmy w naszym kierunku. Celem było tylko wydostać się z miasteczka i znaleźć miejsce na namiot. Musieliśmy sforsować kilka strumieni, ale nasz przewodnik zapewnił, że przejdziemy je suchą stopą.

Okazało się jednak, że po opadach rzeki wezbrały i suche stopy może owszem mieliśmy, ale dopiero po ich wytarciu ręcznikiem. Tak samo zresztą łydki, kolana a w jednym momencie nawet uda. To wszystko z gigantycznymi plecakami, które ważyły ponad 20 kg każdy.

Przekraczamy ostatni strumień i rozbijamy Marabuta na górce powyżej. Widok jest naprawdę smakowity i zapowiada świetne doznania w kolejnych dniach! Witaj, Racho!

Racza – dzień 2 (Usholta – Mravaldzali)

Po rozgrzewce poprzedniego dnia, rano zwijamy namiot, jemy śniadanie i ruszamy na ok. 16-kilometrowy trek wzdłuż podnóża Khikata Range. Mimo, że jesteśmy niżej niż w Borjomi, w wielu miejscach zalega śnieg albo są roztopy. Naszym celem jest dojście na wysokość wioski Mravaldzali. Tak jak o Ushguli mówi się o najwyżej położonej zamieszkałej wiosce w Europie, tak nasza destynacja może się pochwalić położeniem na 1750-1800 m npm oraz chyba największą proporcją domów niezamieszkałych do tych, gdzie jeszcze ktoś przebywa.

Po ośmiu kilometrach docieramy w okolice wsi, robimy odpoczynek nad jeziorem Cholevi, porzucamy plecaki w krzakach i idziemy na lekko zobaczyć wioskę. Wtedy jeszcze nie wiemy, że nie spotkamy w niej żywej duszy. Dopiero później zdajemy sobie sprawę, że nie tylko nie widzimy ludzi, ale nawet nie ujada za nami żaden pies. Udaje nam się spotkać 1 (słownie: jedną) starszą panią, która naprawia ogrodzenie. Po krótkiej rozmowie, w której wspinam się na wyżyny mojego rosyjskiego (którego nota bene nie znam), dowiadujemy się, że mieszkają tu 3 rodziny. Reszta młodych wyjechała do Kutaisi, starzy – „pomarli”.

Lekko oszołomieni chodzimy po wiosce. Nasuwa mi nieodparte skojarzenia z Czarnobylem (o wyprawie do Strefy Wykluczenia przeczytasz tutaj). Domy wyglądają jakby zostały opuszczone w oka mgnieniu. Zaglądamy przez okna, na niektórych stołach stoją zakurzone talerze. Z drugiej strony część domów jest okryta całkiem współczesną i niezniszczoną folią, drzwi zamknięte są na grube nowe kłódki. Na jednym domu widać nawet antenę satelitarną. O co tu chodzi?!

Wioska zostawia nas w pewnym osłupieniu. Wyrywa nas z niego widok piętrzącego się przed nami łańcucha Khikaty. Porównaliśmy nasze plany ze stojącą na środku wioski tablicą informacyjną i nowymi drogowskazami (sic!) i wiemy, że przed nami, po zdobyciu grzbietu, gdzieś poniżej będzie czekał Khikata Campsite, czyli miejsce biwakowe.

Wracamy po plecaki, leżą w tych samych krzakach, w których je zostawiliśmy. Od jeziora, przy którym robiliśmy poprzednio odpoczynek, zaczyna się podejście. Z 1900 m npm wdrapujemy się na 2150 m. Nie idziemy bezpośrednio po ścieżce (oznakowanej czerwonym szlakiem), tylko najkrótszą drogą na szczyt. W oddali widzimy Mravaldzali, jeziorko Cholevi, znajdujemy się przy polu śnieżnym na małej przełączce między dwoma wzniesieniami. Znajdujemy trochę płaskiego terenu i drewna. Jest śnieg do stopienia – postanawiamy rozbić tutaj namiot i nie kontynuować marszu do biwaku. Jutro okaże się to strzałem w dziesiątkę! O tym poniżej.

Topimy śnieg na herbatę, gotujemy ognisko, zapada zmierzch. Z namiotu rozciąga się przepiękny widok. Trochę wieje, ale kurtka załatwia sprawę. Kolejny nocleg na wysokości ponad 2100 m npm. Świetnie!

Racza – dzień 3 (Mravaldzali – Velevi)

Wstajemy rano, pakujemy graty. Tam, gdzie wczoraj kłębiły się burzowe chmury, dzisiaj błyszczy się błękitne niebo a horyzont odsłania czterotysięczniki. Porównajcie sami:

Zaczynamy zejście. Wracamy na szlak, prowadzi nas wzdłuż krawędzi ściany, nad którą biwakowaliśmy. Podłoże jest trawiaste, w miejscu ścieżki widać tylko ślady terenówki. Po pół godzinie docieramy do pierwszego drogowskazu. Taki stojący na samym środku wielkiego pola słupek, z którego odczytujemy, że Khikata Campsite zostało 400 metrów.

Schodzimy więc dalej. Wydaje się dziwne, że tak wiele miejsca ze świetnym widokiem nie zostało zaadaptowane na pole a zamiast tego infrastruktura została postawiona gdzieś niżej. Chwilę później docieramy do skrzyżowania. Stojący na niej drogowskaz mówi, że oto jest campsite. Jesteśmy trochę skonsternowani, bo… poza tabliczką nie ma tam zupełnie nic. Teraz wybór miejsca staje się jeszcze bardziej kuriozalny – wcześniej tłumaczyłem sobie, że może nie było możliwości stworzenia odpowiedniego zaplecza „na górze”. Ale skoro nie ma zaplecza, to co było powodem? Nie wiem.

Pilnuj szlaku!

Znakowanie szlaków w Raczy odbiega od tego, co znamy z Polski lub co mogliśmy zobaczyć w Borjomi. Tutaj żółty drogowskaz stoi tylko na co istotniejszych skrzyżowaniach a kolorowe oznaczenia na drzewach pojawiają się (lub nie) według nieprzejednanych prawideł. Utwierdzamy się w tym przekonaniu, kiedy skręcamy za wcześnie w jedną z dróg, która zaprowadzi nas w mozolny marsz przez śnieg i błoto. Po późniejszej analizie tracka okaże się, że szliśmy w miarę równolegle do szlaku, jednak przez dużo gorszy teren.

Nie mamy dostępu do wody, nawet takiej do przefiltrowania. Nabieramy śniegu w bidony i czekamy aż się roztopi schowany w kieszeń. Trawersujemy długie zbocze, idziemy prawie że na azymut. Las nie jest gęsty, ale za to dość bogaty we wszelkie formy niskiej roślinności. Kolce, paprocie, zwalone drzewa – to wszystko skutecznie utrudnia marsz i wyciąga z nas siły. Morale spadają i naprawdę mamy już serdecznie dosyć. Wreszcie po ostatnim podejściu i zejściu osiągamy wreszcie strumień biegnący wzdłuż żółtego szlaku, który zgubiliśmy. Pojawiają się znowu słupki. Wynika z nich, że trasa od Khikata Campsite to 5,9 km i powinna była nam zająć, w przybliżeniu, 2:20 h. My mamy za sobą 10 km i 3:30 h forsownego marszu.

Ostatnie kilometry, mimo znalezienia szlaku nie były wygodniejsze – droga wyglądała jakby ostatnimi tygodniami na przemian padał deszcz i jeździł po nich traktor. Błoto, koleiny, stojąca woda z komarami. Niemniej wychodzimy wreszcie z lasu bez przygód i otwiera się przed nami znowu piękny widok na górskie pasma na horyzoncie. Trochę podziwiamy, trochę zaczynamy skupiać się na burczących brzuchach i narastającym pragnieniu.

Gruzińska gościnność – ta z przewodników

Schodzimy do wsi Betlevi / Velevi i szukamy kogokolwiek, kogo moglibyśmy zagadnąć o kupno produktów na kolację. Przed ruszeniem w trasę, kiedy analizowaliśmy z Niką marszrutę, największym problemem było zaopatrzenie. Nasz opiekun uspokoił nas, że co prawda sklepów nie będzie, ale na pewno bez problemu możemy kogoś zapytać o zakupy.

Docieramy do Betlevi i znajdujemy dwa słabe punkty tej teorii: po pierwsze najpierw musimy KOGOKOLWIEK spotkać; po drugie, jak już nam się to udaje, to musimy być w stanie się z tą osobą dogadać. Niestety, mój rosyjski jest tak dobry jak angielski napotkanego pana, więc idzie dość pod górkę. Wesoły facet na rowerze i w słomkowym kapeluszu wreszcie macha do nas zapraszająco ręką i gdzieś nas prowadzi. I tak sobie idziemy przez kilka minut, nie rozumiejąc się wzajemnie i za bardzo nie rozmawiając. Zaprasza nas do swojego kolegi, po drodze zgarniamy jeszcze jednego (który idzie za nami z siekierą w ręce – trochę emocje) i zostajemy zaproszeni do drewnianego stolika w altance.

Przychodzi nasz gospodarz. Lekko przerażony mierzę go wzrokiem – rękę to ma ze dwa razy większą od mojej a do tego siedzi akurat na drodze do furtki wyjściowej. Każe nam moment poczekać i po chwili te wielkie ręce kładą na stole chleb, ser, ogórki, pomidory i obowiązkową domową czaczę i wino. Gospodarz wznosi dwa toasty, które trwają dobre kilka minut (książki nie kłamią!). Co podnoszę kieliszek do ust, bo jestem pewien, że właśnie przyszedł czas wypić do dna, to okazuje się, że jednak jeszcze nie skończyliśmy. W końcu próbujemy, wypijamy, przypominają mi się wszystkie znane słówka polsko-rosyjskie, naszemu rozmówcy tytuły filmów i tak sobie miło rozprawiamy. Nie do końca mam pewność, o czym, ale czas mija szybko.

Gruzinski toast

Kiedy powoli zaczynamy się zbierać, zostaje nam zaproponowany nocleg. To bardzo miłe, ale patrzymy po sobie i uznajemy, że chyba nasze backpackerskie dusze nie są jeszcze gotowe na ten level spontaniczności i zaufania. Żegnamy się grzecznie i jeszcze jednym kieliszkiem. Zostajemy wyposażeni na drogę w baniak wina (diabelski prezent – 3 kilogramy płynu do ponaddwudziestokilogramowego plecaka), ser, chleb i warzywa. Jest nam trochę niezręcznie, próbuję zapytać, czy mogę zapłacić, ale zostaję przyjacielsko ofuknięty.

Machamy sobie ostatni raz i idziemy poszukać noclegu gdzieś za wioską. Słońce chyli się ku zachodowi, krowy chodzą we wszystkie strony, czacza i zmęczenie dają się już we znaki. Znajdujemy spokojny kawałek ogrodu z dostępem do wody i rozbijamy w nim namiot. To był długi dzień.

Racza – dzień 4 (Velevi – Nikortsminda)

Ostatni dzień naszego trekkingu był najmniej emocjonujący. Chcieliśmy dotrzeć do zalewu Shaori, czyli mieliśmy do przejścia ok. 15 kilometrów z Velevi. Droga praktycznie cały czas opadała – najwyższym wzniesieniem było wyjście znad samego jeziora do asfaltu.

Miła niespodzianka spotkała nas w okolicy wsi Skhartali. Idąc drogą, jak zawsze pozdrowiliśmy siedzącego w oknie pana spokojnym „Gaumardżoba!”. Staruszek ożywił się, kiwnął na nas i zaprosił najpierw na podwórko, później do chaty. Stary dom, jakich pełno mijaliśmy do tej pory. Dwie izby na dole, przedzielone zasłoną. Pan mieszka sam, więc całe życie – łóżko, piec i telewizor – zgromadził w jednym małym pokoju.

Wskazał nam stołki, podał czaczę (było przed 10 rano!) i nałożył z garnka saciwi wątpliwej świeżości (kurczak w sosie orzechowym), dorzucił drewna do kozy (chociaż w pomieszczeniu było już na tyle gorąco, że zacząłem się pocić) i zaczął nam coś opowiadać. Mieszkał sam, syn wyjechał do Kutaisi (to już kolejna historia tego typu). Bardzo ciekawiła nas aranżacja domu, więc skorzystaliśmy z gościnności naszego rozmówcy, który nas oprowadził po zakamarkach. Ledwie weszliśmy do warsztatu stolarskiego, kazał mi odciąć nożem wielki wór orzechów włoskich i odsypać sobie tyle, ile chcemy. Nie chcieliśmy żadnego, bo nadal jeszcze dźwigaliśmy płynne złoto z Velevi, ale chwilę nam zajęło, żeby osiągnąć z ofiarodawcą konsensus w tym względzie .

Idziemy sobie dalej szerokimi drogami, otaczają nas łąki i rozległe tereny. Drogowskazy informują, że prędzej czy później dotrzemy do pola namiotowego Goritskali Campsite. Nie odbijamy do niego (należy odrobinę zejść ze szlaku), po wrażeniach z Khikata Campsite zakładamy, że nie warto. Natomiast po drodze mijamy bardzo fajne miejsce na nocleg nad spiętrzoną rzeczką. Jest tam też wiata. Myślę, że szukając miejsca do spania w okolicy, warto ją rozważyć. Znajduje się między Sakishore Cave a Kidobana Cave.

Otwierają się przed nami widoki zbliżającego się już Shaori Reservoir wraz z dochodzącymi do niego, wijącymi się wodami. Rzeka Gortskali kręci się we wszystkie strony. Szlak idzie obok niej. Niekiedy widzimy rozbite na brzegu namioty wraz ze stojącymi obok samochodami, w oddali widzimy domy, ludzi na koniach – zdecydowanie cywilizacja rozwinęła się już bardziej niż u naszego gospodarza z rana.

Kiedy docieramy nad sam zbiornik, pogoda jest raczej kiepska. Jest zimno i wieje, nad wodą kłębią się chmury i dziesiątki nisko latających mew. Być może inne fragmenty linii brzegowej mają więcej do zaoferowania (w końcu TripAdvisor zalicza nawet Shaori do top10 miejsc w Gruzji!), ale nasz północny koniec zbiornika nie porywa. Największą atrakcją urozmaicającą widok jest jakaś ruinka wyglądająca na wieżę lub podobną konstrukcję. Nie idziemy jednak do niej. Docieramy do finalnych tablic informacyjnych. Dowiadujemy się z nich, że alternatywą było obejście zalewu z drugiej strony, kontynuując marsz w stronę wsi Mukhura. Weszlibyśmy wówczas znowu w góry i mieli szansę na ciekawszą marszrutę. My jednak kierujemy się do asfaltu, na którym mamy nadzieję złapać stopa do odległej o 4 kilometry Nikortsmindy i obejrzeć X-wieczny kościół, będący jednym z największych zabytków Gruzji.

Powiew wieków

Po kilku próbach łapiemy autostop, którego kierowca chętnie wdaje się w rozmowę o Polsce i podrzuca nas pod samą bramę Nikortsmindy.

Zobacz więcej na temat zbudowanej w 1014 (!!!) roku katedry: wikipedia. Niesamowite freski, na których możecie zobaczyć słynnego Króla . Pięknie zdobione kamienne płaskorzeźby okalające ściany katedry – ciężko uwierzyć, że to ręczna robota sprzed tysiąca (!) lat! Sama ta data jest niewyobrażalna, a tak starych budowli w Gruzji jest masa, wpadamy na nie w co drugiej wiosce!

Racza – podsumowanie

Czy warto wybrać się do Raczy? Jest to niewątpliwie piękne miejsce, z wieloma ciekawymi punktami. Duże wrażenie zrobiła na nas opuszczona wioska Mravaldzali czy piękna katedra w Nikorstmindzie. Miejsce na namiot na Khikata Range było jednym z lepszych, w jakich miałem okazję spać. Miejscowość Oni ujmuje swoim spokojem i historią a okoliczne góry kryją wiele tajemnic, które pokazał nam Nika.

Sam trekking był bardziej satysfakcjonujący w Borjomi, ale może mieć na to wpływ i to, że był naszym pierwszym kontaktem z gruzińskimi górami po przylocie i lepiej zaplanowaliśmy tam trasę. Racza jest na pewno dziksza i wymaga lepszego przygotowania sprzętowego i topograficznego. Jezioro Shaori nie wzbudziło we mnie praktycznie żadnych emocji. Ale to tutaj zaproszono nas do stołu, w Raczy bez problemu złapaliśmy kilka razy stopa bez zbędnego czekania i mogliśmy wędrować nie spotykając żywego ducha. Jeśli tego szukasz – warto ją odwiedzić!

Ten post to element serii wpisów dot. zwiedzania Gruzji w 2019 roku. Zobacz pozostałe fragmenty historii: tutaj.