Gruzja – trekking w Borjomi

Czas czytania: 10 minut

Park Narodowy Borjomi – Kharagauli w Gruzji to piękne miejsce na trekking! Dotarliśmy tam trochę przypadkiem, ze względu na ciężkie majowe warunki w Swanetii, ale po przejściu dwóch dni, zdecydowanie mam ochotę na więcej! Świetna infrastruktura, dobrze wyznaczone szlaki, piękne widoki! Robi wrażenie! Czy zatem Gruzja nadaje się jako cel na wakacje?

Agencja Obszarów Chronionych (Agency of Protected Areas) dość prężnie działa na rzecz wyznaczania, ale i udostępniania swoich terenów dla turystyki. W samym Parku Narodowym Borjomi – Kharagauli opisane zostało 12 szlaków (krótszych i dłuższych), które można połączyć w większą całość lub przejść osobno. Ich pełna lista znajduje się na stronie agendy rządowej tutaj (strona w języku angielskim):

http://apa.gov.ge/en/eco-tourism/Trails/bordjom-xaragaulis-turistuli-bilikebi-satesto

Każdy z proponowanych szlaków na powyższej stronie jest szczegółowo opisany, wraz z zaznaczeniem przebiegu trasy, charakterystycznych punktów po drodze oraz możliwego do pobrania schematu i tracka gpx, który dla bezpieczeństwa możecie wgrać do zegarka czy nawigacji.

Szlaki są pięknie wytyczone (zresztą w opisach niektórych z nich zobaczycie informację „Main attractions: panoramic views”), bardzo dobrze opisane i oznakowane w terenie. Jak dowiedziałem się od pracownicy Parku, tworzenia i oznaczania szlaków uczyli się nie gdzie indziej, jak w naszym PTTK, w ramach projektu Polish Aid.

Borjomi – dzień 0

Do Gruzji przylatujemy na przełomie kwietnia i maja. To dość nietypowy czas na wakacje, ale samolot tanich linii jest pełen. Mamy 4 dni, żeby z Kutaisi dostać się do Oni. Pierwotnie planujemy polecieć bezpośrednio do Mestii i przejść do Ushguli. Ale tygodnie śledzenia prognoz i najnowszych doniesień nie napawają optymizmem. Mimo zimowych śpiworów, namiotu i raczków, odpuszczamy ten pomysł. Kierujemy się do niższych (i jak się wydaje, nudniejszych) okolic Borjomi.

Jak dojechać do Borjomi?

Z lotniska w Kutaisi do Borjomi można bardzo prosto dotrzeć marszrutką lub Georgian Bus. Tym pierwszym (5 GEL/os.) dojeżdżamy do dworca autobusowego w centrum Kutaisi (koło McDonald’s) i dalej busikiem przez Chaszuri do Borjomi (10 GEL/os.). Wysiadamy w centrum tej ostatniej miejscowości, znajdujemy informację turystyczną i dowiadujemy się, że wszelkich informacji o parku narodowym udziela punkt… w Parku. Ten znajduje się kilka kilometrów dalej, na mapie znajdziecie go jako Borjomi-Kharagauli National Park Administration.

Dochodzimy na miejsce. Chcę tylko, nie przeszkadzając, zapytać szybciutko o mapę a oto pani wskazuje duży stół i każe usiąść. Lekko zdziwiony zajmuję miejsce i patrzę ze zdumieniem na długi kwestionariusz, który pojawia się przede mną. Okazuje się, że musimy uzupełnić swoje dane, czas przebywania na terenie Parku, szlaki, którymi planujemy się poruszać i schrony, w których planujemy spać. Na podstawie tych informacji pani wypisuje kwitek, z którym udaję się piętro wyżej do kasy. Płacimy 5 GEL/os. (ok. 6,50 zł) i jeszcze otrzymujemy w tym normalną, bardzo dobrze opracowaną mapę. Dla porównania, trzydniowy wstęp do Karkonoskiego Parku Narodowego to 20 zł.

Ceny noclegów w Borjomi

Tak przygotowani możemy ruszać poszukać noclegu w Borjomi. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, w tym samym momencie swoje permity załatwia grupa Czechów spędzających wakacje na trekkingu. Od słowa do słowa, okazuje się, że mają miejsce w samochodzie, który ich przywiózł z guest house’u, w którym śpią. Zabieramy się z nimi i decydujemy się na nocleg w tym samym miejscu. Dzięki temu załatwiamy sobie poranną podwózkę na szlak i zyskujemy miejsce, w którym zostawimy niepotrzebny na trekkingu nadmiar bagażu.

Nocleg kosztuje nas 50 GEL/os., z kolacją i śniadaniem. Możemy iść na spacer po Borjomi, legendarnym uzdrowisku, skosztować wysokomineralizowanej wody, która smakuje… hmm, kto próbował, ten wie, jak smakuje. Albo może sobie wyobrazić. Ewentualnie przejechać do Krynicy Zdrój. Wszędzie ten sam smak i zapach zgniłych jaj. Lepiej jednak wrócić do lokalnego piwa i iść spać.

Gdzie kupić gaz w Borjomi i Kutaisi?

Ważne! W Borjomi nie kupicie kartuszy do palnika. Nasz gospodarz dwoił się i troił, żeby coś wymyślić, ale jedyne, co znaleźliśmy to gaz do zapalniczek. Zostaje wam zatem stoisko Georgian Bus w hali przylotów na lotnisku w Kutaisi (zapłacicie tam kartą) lub samo Kutaisi (znaleźliśmy je w sklepie myśliwskim Westerni przy ul. Robadzikisa – tutaj). W obu miejscach były tylko kartusze z gwintem, nie było Campingaza. Cena to 19 GEL/250 ml.

Borjomi – dzień 1

Ziomek z guest house’u podwozi nas pod wejście na szlak (wieś Likani, jakieś 3 km za administracją Parku, w której załatwialiśmy dzień wcześniej formalności). Ruszamy w górę niebieskim szlakiem, w opisach nazywanym Nikoloz Romanov Trail.

Jeśli zastanawiacie się, co robi tutaj nazwisko rosyjskiego carskiego potomka, to warto wiedzieć, że to właśnie dzięki niemu Borjomi zostało pierwszym w Gruzji obszarem „chronionym”. Romanov tak upodobał sobie to miejsce, że postawił swoją letnią rezydencję, jednocześnie wyznaczając teren, na którym zakazał polowań i wycinki. Było to już 200 lat temu!

Piękny początek

Wędrujemy pięknymi leśnymi ścieżkami, od czasu do czasu otwierają się spektakularne widoki – to jest niesamowite w Gruzji, że zewsząd na horyzoncie widać trzy-, cztero- i pięciotysięczniki. Las jest mieszany, choć z przewagą sosny, podejścia w bardziej stromych odcinkach zaaranżowane w trawersy. Na początku towarzyszy nam strumień Likaniskhevi, później odbijamy w inną stronę. W międzyczasie łapie nas dość solidny deszcz – zakładamy kurtki i postanawiamy zebrać trochę chrustu i rozpałki na ognisko. Szlaki to węższe i szersze leśne dukty, niekiedy z kamieniami, ale w dolnych partiach to raczej wygodne ścieżki.

Nocleg na terenie Parku Narodowego Borjomi

Po czterech godzinach marszu docieramy do schronu pod szczytem Lomismta (na mapie jako Lomismta Shelter, 1740 m npm). Naszym oczom ukazuje się bardzo zgrabny domek z jasnego drewna, z tlącym się miejscem na ognisko, piękną panoramą i rozbitymi wokół namiotami. W jednym z nich śpi para z Polski, utniemy sobie później pogawędkę. Na razie jednak naszym celem jest sam szczyt, więc po chwili przerwy zaczynamy dość strome podejście.

Po pół godzinie i 250 metrach wysokości na pierwszym półtora kilometra docieramy do pasterskiej chaty i pola śnieżnego. Rozciąga się stamtąd piękny widok. W zasięgu naszego wzroku jest też szczyt Lomismty. Natomiast w dali, za zasypaną śniegiem drogą, majaczy mały kościółek. Zrzucamy plecaki z nadzieją, że będą na nas po powrocie nadal czekały (co jest realnym oczekiwaniem – od rana, poza Czechami, którzy jechali z nami, spotkaliśmy łącznie 6 osób), zakładamy stuptuty i przebijamy się ostrożnie przez zalegającą pokrywę.

Niekiedy zapadamy się po uda, ale udaje się dotrzeć do murowanego kościółka, St. Giorgiego. Jest zamknięty na zasuwę, delikatnie ją zdejmujemy i wchodzimy do środka. Jest to kameralne, proste wnętrze z licznymi ikonami na betonowych ścianach. W narożniku stoją brudne kieliszki i zakurzona butelka piekielnie mocnej czaczy. Z przeczytanych przed wyjazdem książek pamiętam, że jest to praktykowany w Gruzji zwyczaj, więc pozwalamy sobie nalać po kieliszku i wznieść toast za kraj.

Po chwili kontemplacji trunku i widoku, wracamy po plecaki, zarzucamy je na grzbiet i dokonujemy ataku szczytowego. Prawie 200 m różnicy wysokości na niewiele ponad pół kilometrze odległości pozwala złapać lekką zadyszkę, ale zachodzące słońce rekompensuje te niedoskonałości. Roztacza się przed nami niesamowity widok, istna rewia chylącego się ku ziemi słońca, kłębiastych chmur i górskich szczytów. Idealne miejsce na rozbicie namiotu! Szanowni Państwo, Lomismta (2198 m npm)!

Borjomi – dzień 2

Budzimy się dość wcześnie. Na szczęście w nocy nie padało a dziwne odgłosy nie były spowodowane dzikimi zwierzętami ani parkowymi strażnikami, tylko szeleszczącymi na wietrze fartuchami śniegowymi. Widok jak z Instagrama, poranna rozpuszczalna kawa z nie dość już gorącej wody z termosu i możemy szykować się do zejścia. Na śniadanie będzie miejsce w schronie. Wybieramy wariant na azymut, odnajdujemy jakąś zbieżną ścieżkę i ścinamy trochę obejście na szczyt, tracąc dość szybko 300 metrów wysokości.

Dochodzimy do wspominanego już wcześniej domku – jest to drewniany budynek, w którym znajduje się 12 prycz, żeliwna koza, dużo drewna na opał i półeczka z pozostawionymi przez innych turystów produktami spożywczymi. Przed domkiem spotykamy ponownie Polaków, akurat szykują śniadanie. Obok tli się ognisko, gotuję na nim wodę na herbatę i do mycia zębów – ma lekko wędzony zapach i smak. Ujęcie wody znajduje się ok. 200 metrów od domku i prowadzą do niego znaki. W międzyczasie nasi nowi znajomi użyczają nam palnika (to mieliśmy) i kartusz (tego już nie), więc wędzona woda zostaje tylko do mycia zębów a torebki herbaty zalewamy normalnym wrzątkiem.

Na poranny stół wędrują targane od dwóch dni: gruziński ser (lekko słonawy, trochę wędzony, przypominający nasze oscypki), puri (chleb, sprzedawany często prosto z pieca, w formie dużego płaskiego placka), pomidor i ogórek (nieodłączny zestaw gruzińskich posiłków). Zajadamy ze smakiem, nie spiesząc się zbytnio.

Po posiłku kontynuujemy zejście. Naszym celem jest wieś Kvabiskhevi. Przez 6 kilometrów będziemy wracali wcześniejszą drogą, aż do momentu rozejścia się szlaków (polana na 1782 m npm). Zamieniamy na nim słowo z niemieckimi turystami – tym razem skręcamy w prawo, na południowy-zachód i trzymamy się od teraz żółtego szlaku.

Wchodzimy w bardzo ładny las, po chwili wychodzimy na grzbiet rozdzielający dwa obniżenia i nim kontynuujemy marsz. Po drodze należy pamiętać o przerwach na ciasteczka czy odpoczynek. Jest tu naprawdę malowniczo! Po 9 kilometrach czeka nas długie i nieprzyjemne zejście (na 3 kilometrach stracimy prawie 600 m, do tego mocno piaszczyste i śliskie), kije trekkingowe i solidne buty są tutaj nieodzowne.

Docieramy do ciekawego miejsca – trawiastej dolinki, w której skalistych ścianach wypatrujemy kamiennej fortecy. Jest! Wymaga wspięcia się od tyłu budowli po stromych i eksponowanych skalnych schodach. Widok ze szczytu jest jednak oszałamiający! Naszym oczom ukazują się idealnie płaskie skały, wyglądające jak przecięte tarczową piłą, które tworzą swoiste wrota do kanionu Kvabiskhevi. W dole płynie sobie strumień, dość zimny i rwący, żeby zrobić przy nim odpoczynek i schłodzić ciało.

W ostatniej części szlaku czeka nas kilka kładek i mostków nad towarzyszącym nam już teraz nieprzerwanie potokiem. Skaliste ściany wyglądają majestatycznie i pięknie. Wreszcie docieramy do bramy sygnalizującej granice Parku Narodowego. Po raz czwarty spotykamy znajomą parę z Polski – szukają noclegu przy strażnicy. My planujemy wrócić do Borjomi.

Przy samym szlabanie czeka kilka rozklekotanych aut z równie rozklekotanymi kierowcami. Chwilę dyskutujemy z jednym z taksówkarzy i po chwili lądujemy w zdezelowanym audi. Kierowca odkręca kurek butli LPG trzymanej w bagażniku i rusza w stronę miasta. Samochód co chwila gaśnie, trzęsie i stuka niemiłosiernie. Na zjazdach miły pan wyłącza silnik i tak się toczymy. Na szczęście docieramy cali do Borjomi. Jesteśmy chyba jednak kiepskimi negocjatorami, bo ta ok. 10-kilometrowa podróż kosztowała nas 20GEL. Kilka godzin później dokładnie tyle samo zapłacimy za 100 kilometrów hybrydowym Priusem z Chaszuri do Kutaisi.

Czy warto pojechać na trekking do Borjomi?

W sumie do Borjomi trafiliśmy przypadkiem. Gdyby warunki w Swanetii na początku maja były lepsze, tam skierowalibyśmy swoje kroki. Było nam to zdecydowanie bardziej po drodze w kontekście innych zobowiązań. Przewyższenia i pełne entuzjazmu relacje, których pełno w internecie, zdecydowanie bardziej rozpalały wyobraźnię niż nieznane Borjomi. Przecież góry po 2000 m mamy w Polsce, nie musimy ich szukać na drugim końcu świata. Jak dobrze, że to się nie sprawdziło!

Borjomi jest świetnym kierunkiem. Samo miasto jest ciekawe, chociaż zapewne ciężko tam spędzić więcej niż kilka dni. Ale opcji trekkingu – i takiego krótkiego, jedno- i dwudniowego, i zbudowanego z kilku pętli po kilka dób każda, jest bardzo wiele.

Dostaniecie dobrą infrastrukturę, bardzo dobre znakowanie szlaków (wrócę do tego tematu jeszcze w kontekście Raczy), różnorodność przyrody i świetne widoki. Zdecydowanie polecam i mam nadzieję tam wrócić!



Gruzja – moje miejsca

Zobacz pozostałe posty dotyczące Gruzji, w tym trekkingu po Raczy i atrakcjach Kutaisi – tutaj. Wszystkie ciekawe miejsca zaznaczyłem też na mapie z wyjazdu poniżej. Korzystaj z niej śmiało!



Zobacz, co warto zobaczyć w Gruzji i co przeczytać lub przesłuchać przed przyjazdem?